Horror #3 - Antologia "Słowiańskie Koszmary", wydawnictwo Horror Masakra


Autorzy: Dagmara Adwentowska, Katarzyna Bromirska, Krzysztof T. Dąbrowski, Piotr Ferens, Witold Jabłoński, Grzegorz Kopiec, Marta Krajewska, Agnieszka Kwiatkowska, Tomasz Krzywik, Anna Musiałowicz, Sandra Gatt Osińska, Mikołaj Rybacki, Michał Stonawski, Maciej Szymczak, Honza Eraserhead Vojtisek, Mariusz Orzeł Wojteczek, Flora Woźnica
Tytuł: Słowiańskie Koszmary
Wydawnictwo: Horror Masakra
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 354

Czy mroczniejsza okładka zapowiada mocniejszą treść od pierwszego tomu? Czym tym razem zaskoczą nas autorzy znani z Krwi zapomnianych bogów, a w jakim stylu na scenę słowiańskiego horroru wkroczą debiutujący w inicjatywie pisarze? Czy uda się przebić sukces dziewiczej antologii? Na sam początek pełnego pytań wstępu stwierdzam: w tej części nie ma słabszych, znacznie odstających od reszty tekstów. Jest brutalnie, krwawo i nastrojowo.

Drugi tom został opatrzony wstępem wybitnego znawcy słowiańszczyzny, Witolda Jabłońskiego, którego cykl Słowo i miecz już dawno udowodnił, że temat ten nie ma prawa być oceniany tylko przez pryzmat błaznujących, kpiących z historii turbo-Słowian. Pisarz krótko przedstawia czytelnikom przyczyny powstania fałszywego etosu romantycznych, niezdolnych do brutalnych czynów Słowian, co jak wiemy mylną tezą jest oraz opisuje losy przepychania się naszej mitologii do szerszej świadomości. Jego rekomendacja dla zbioru dużo mówi o jej wartości dla rynku grozy.

Właściwą, opowiadaniową część Koszmarów na starcie serwuje nam ponownie niezastąpiona Dagmara Adwentowska, która w Żółtych oczach lasu we właściwym sobie, starannym stylu odtwarza wydarzenie, które mogło naprawdę się zdarzyć przed wiekami. W końcu historię piszą zwycięzcy, a wiemy, czyja religia do tej pory rządzi w kraju, nieprawdaż? Głównym bohaterem jest rycerz Siegfried Haas, wysłany wraz z kompanami do odnalezienia szczątków dwóch ważnych kościelnych dostojników na pogańskich ziemiach. Oczywiście nie spodziewa się on, że główną przeszkodą w śledztwie wcale nie będą bezbożnicy... Rozwiązanie intrygi i występ nieobecnego w poprzedniej części demona pozytywnie mnie zaskoczyło.

Z tego stanu wyrwał mnie Maciej Szymczak swoją Wróżdą, która jak jego poprzedni tekst cofa nas do dawnych lat i traktuje o walce Słowian z nawracającym ich na siłę klerem, wykazującym się równie bezdennym okrucieństwem jak ci źli poganie. Tym razem stronami konfliktu są graf Henryk, eskortujący chrześcijan chcących spalić dźwiganego w tym celu bałwana do pierwszej lepszej wrogiej wioski oraz chcący im to udaremnić Lutycy. Mamy pewność, po czyjej stronie staniemy i z satysfakcją czytamy o zacnej konfrontacji. Jednocześnie autor zastosował bardzo ciekawe rozwiązanie, ukazując pod koniec, że dla każdego jest szansa na skręcenie na właściwą ścieżkę.

Od początku z ciekawością wyczekiwałam, co też uczyni Szeptucha Agnieszki Kwiatkowskiej. Akcja dzieje się w Wigilię, w małej wiosce, gdzie co roku topicha kogoś porywa. Aby położyć kres kolejnym mordom, blisko z nią niegdyś związany kowal udaje się o poradę do tytułowej wiedźmy. Początkowo wydaje się, że wszystko idzie zgodnie z planem. Szeptucha, jak to w jej naturze, pomaga mężczyźnie. Jednakże w punkcie kulminacyjnym szala niespodziewanie przechyla się na stronę upiorzycy, a motywy babuszki zaskakują i wywołują uśmiech satysfakcji na ustach czytelnika, zadowolonego kolejnym oryginalnym pomysłem.

Chwilę potem na scenę wkracza kolejna babcia w łachmanach, czyli jakże swojska Baba Jaga Anny Musiałowicz, do której trafia zbłądzona rodzinka. Starowinka opiekuje się młodym małżeństwem z uroczą córeczką Małgosią, stopniowo owijając ich sobie wokół palca. I choć nie ma tu brutalnej akcji, jakiej możnaby spodziewać się po wielbicielce wielkich pieców, zakończenie historii jest równie dobre, a relacje między bohaterami do samego końca realistyczne.

Kolejnym oczekiwanym przeze mnie tekstem było W czasie dodanym Marty Krajewskiej. Uwielbiam styl autorki i nie zawiodłam się historią rozhulanego Krakusa Franka, który z dnia na dzień pod wpływem pewnego wypadku zaczyna widzieć potwory i rozmawiać z ptakami. Występuje tu motyw bardzo znanej klątwy, której odczynieniem jest wydanie pewnej sumy pieniędzy, a także wiele innych smaczków i przezabawnych tekstów. Teraz inaczej będę patrzeć na otępiałe krakowskie gołębie! Pełne humoru, oryginalne opowiadanie.

Tomasz Krzywik już na samym początku Sepii nastroił mnie na odpowiedni odbiór jego tekstu, wrzucając na start cytaty z Adama Asnyka i Wojciecha Guni. Uznani twórcy, a jak z opowiadaniem? Ocieka ponurym, pozostałym po wojennej pożodze ciężkim klimatem, z oddechem unoszącego się nad nim Płanetnika. Traktuje o trudnej relacji oddalonego od siebie ojca z synem, sentymentem do rodzinnej wsi, a także poszukiwaniu spokoju, który spływa na bohatera (i czytelnika) na sam koniec. Mocny tekst.

Spokój ten nie trwa jednak długo, bowiem chwilę potem razem z Piotrem Ferensem trafiamy na Cmentarzysko demonów w Imperium Lechickim. Po raz kolejny Słowianie szykują się tutaj do walki z piewcami nowej wiary, jednak tym razem obie strony nie zawahają się sięgnąć po demoniczną stronę swoich wierzeń. Bardzo ciekawy pomysł i sugestywne zakończenie zasługują na bardzo duży plus.

Kolejny tekst należy czytać z podkładem muzycznym! A czemu? Ponieważ Svantetit jest dzieckiem Katarzyny Bromirskiej i Mikołaja Rybackiego, znanych na polskiej scenie folk metalowej z działalności w zespole Percival Schuttenbach. W swoim opowiadaniu rozwijają oni historię z ich concept albumu o tym samym tytule, co jest gratką zarówno dla fanów, jak i - mam nadzieję - nowych słuchaczy. A jak muzycy udowodnili w tekstach swoich utworów, pisać umieją i w prozie również potrafią zaprezentować się w pełnej krasie.

Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, co stanie się, gdy Już nigdy nie spadnie tu deszcz? Na to pytanie z przyjemnością odpowie Wam Mariusz Orzeł Wojteczek w swoim poetyckim stylu, utrzymanym w niemal onirycznym klimacie. Główny bohater odczuwa bowiem silne cierpienia, przez, jakżeby nie było, kobietę. Niezwykłą w najbardziej dosadnym tego słowa znaczeniu. Kłaniam się za niepowtarzalne pióro i jednocześnie zgłaszam zażalenie, że tak krótko można było z nim obcować.

Tajemnicza kobieta miesza również w Najodleglejszym wspomnieniu Honzy Vojtiska, jedynego reprezentanta innego słowiańskiego kraju. Opisywane z pierwszej perspektywy pewnego mężczyzny niezwykłe leśne spotkanie jest przedstawione tutaj bardzo oryginalnie. Usypia i uspokaja tak bardzo, że do samego końca nie zauważamy, gdzie i kiedy zostaliśmy przez niego wciągnięci w odmęty... Bardzo ciekawy zabieg.

Co jest dla antologii novum, w kolejnym opowiadaniu nie cofamy się w przeszłość, lecz wskakujemy daleko w przyszłość. Bohaterka tekstu Flory Woźnicy Najwyższy czas, by naprawić swój błąd odnajdzie aż w 2051 roku. Jesteśmy świadkami interwencji medycznej, która mimo swojego zaawansowania kończy się fiaskiem, a nasza główna postać odczuwa potrzebę odreagowania tego faktu na imprezie. Przyjmuje tam od zaufanego znajomego pewne kapsułki, których działanie przejdzie nasze najśmielsze oczekiwania. Kto wie, jakich zjawisk naturalnych doczekamy w najbliższych latach, bowiem tekst autorki jawnie sugeruje, że rozwój medycyny nie musi skończyć się dobrze.

A jak skończy mały Piotruś W pełnym słońcu Sandry Gatt Osińskiej? W końcu co autorka chciałaby wyrządzić zaniedbanemu przez zapracowaną matkę, poszukującemu przygód chłopcu? Tak jest, dokładnie tego, czego od niej oczekujemy, czyli spotkania z tajemniczą ferajną, która wciągnie go do iście gorącej zabawy. Czy chłopczyk będzie wolał po wieczność bawić się z nowymi przyjaciółmi, a może pozostanie wierny kochanej mamie? Jak widać, rodzinę zawsze można wybrać sobie samemu.

Oddech w postaci pełnej czarnego humoru, metalowej historii zapewnia niezawodny Krzysztof T. Dąbrowski. A żeby cię diabli wzięli to opowieść o metalowcu z paranormalnym zmysłem, napalonym na żarcie i samice jego osobistym kotem, najstarszą metalówą świata oraz jakże rozrywkowym demonie Arcymenelku. Ubawiłam się setnie, styl autora jest zdecydowanie niepodrabialny.

Powoli zbliżamy się do końca, gdzie Grzegorz Kopiec zachęca nas do zajrzenia w jego Dziennik Praktyk. Prowadzi go młodzieniec uczestniczący wraz z innymi drwalami w tytułowych praktykach w samym sercu lasu, gdzie szybko dochodzi do niepokojącego zdarzenia. Czyżby komuś nie spodobało się, że ludzie chcą sobie wykarczować nową trasę w tym ostoju naturalnego spokoju? Można napisać, że temat bezmyślnego ścinania drzew jest na czasie, więc chyba warto, by niektórzy poczuli emanujący z tekstu oddech Leszego na plecach. Ciarki gwarantowane.

Tym razem antologię zamyka Michał Stonawski Regułą niczego. Bohaterem opowiadania czyni dziennikarza, który niegdyś zasłynął tekstami uznanymi za uderzające w kościół. Zostaje mu dosłownie wciśnięte zadanie zrobienia reportażu w pewnym klasztorze wyrabiającym słynną na cały Stary Kontynent nalewkę. Braciszkowie bowiem skarżą się, że hajsy im się nie zgadzają, więc trzeba sprawę zbadać. Wykrycie dodatkowych ekscesów z gwałtami i zlizywaniem śmietany jak najbardziej jest równie pożądane. Pismak więc chcąc nie chcąc wyrusza do przybytku ostoju i świętości. Co tam znajdzie, działającą za murami sektę? A może przeżyje nawrócenie? Tego nie zdradzę, autor bowiem uderza rozwiązaniem zagadki między oczy, do końca swoim stylem zostawiając nam mylne tropy. Czego jak czego, ale takiego rozwiązania się nie spodziewałam. Takie zakończenie antologii zawsze na plus, albowiem: mało, za mało, chcemy więcej!

Liczę więc, że doczekamy się w przyszłości kolejnych tomów inicjatywy rozbudowywania się słowiańskiego horroru, przedstawiciele naszej demonologii już nie mogą doczekać się, by słowami ulubionych autorów znów wkraść się pod nasze strzechy...

9/10



Komentarze